O bibliotekach - lokalnie


Świat warszawskich lokalnych bibliotek jest doprawdy wspaniały. W odróżnieniu od ich większych sióstr, panuje tam kameralna i przyjacielska atmosfera, pozbawione są wymyślnych zabezpieczeń w postaci bramek, czujników i inszej cholery oraz wszędobylskich strażników, bacznie obserwujących każdy nasz ruch. W dodatku można tam wyrobić kartę bez zbędnych ceregieli. Oczywiście zasób zgromadzonych publikacji jest znacznie mniejszy niż w bibliotecznych molochach, ale jak wiemy: każdemu według potrzeb. 

Te małe biblioteczki cechuje pewna osobliwość. Otóż, często przy wejściu/wyjściu, znajdują się tam specjalne półeczki bądź regały, przeznaczone na "niechciane" książki, które można nabyć za kwotę doprawdy symboliczną - nieraz 1 (słownie: jeden) złoty polski. Gros tych publikacji dostarczają okoliczni mieszkańcy, którzy, okazując jeszcze odrobinę przyzwoitości, nie decydują się na wyrzucenie książek do śmieci. Tak oto, niechciane tomy trafiają na szrot. I nie jest tak, że trafiają tam wyłącznie książki zapleśniałe, niekompletne, czy z kotletem jajecznym w roli zakładki. W przeważającej większości są to zadbane egzemplarze, niektóre, owszem, starszej daty, ale dobrze utrzymane.

Odwiedzam te biblioteczki już od, bez mała, dwóch lat, toteż wiem ile perełek tam można odnaleźć. Spektrum jest wystarczająco szerokie, aby zadowolić nawet najbardziej wytrawny gust. Owszem, jest trochę romansów, banalnych kryminałów czy raportów niezliczonych komisji UE, ale jest i filozofia, ekonomia, publicystyka, beletrystyka, książki naukowe i popularnonaukowe, publikacje dla dzieci, literatura młodzieżowa, biografie, wspomnienia, poezja, albumy fotograficzne, encyklopedie oraz pomoce językowe (w tym do jęz. polskiego) w różnych postaciach, np. słowniki, repetytoria, zbiory ćwiczeń. Jest więc w czym wybierać. W dodatku takie szperanie to niesamowita przygoda. Jedyna co nas ogranicza, to czas, bo z pewnością nie cena.

Tyle z dobrych wiadomości. Czas na niepokojącą refleksję. Otóż ze zgrozą obserwuję pewną nasilającą się tendencję, a mianowicie, coraz więcej zaczyna się pojawiać na tych półkach książek, powszechnie uznawanych za klasyki. Przy czym nie są to książki zniszczone. Doprawdy, na pierwszy rzut oka widać, że przed nimi jeszcze wiele lat życia. Gdzie nie zajrzę, niemal zawsze trafiam na kogoś z grupy: Mickiewicz, Prus, Sienkiewicz, Żeromski, a nawet Mrożek i Lem. A to tylko nasza liga. Reprezentanci innych krajów również są obecni, w tym: Dostojewski, Bułhakow, Gogol, Tołstoj, Shakespeare, Balzac, Verne, Stendhal, Twain. Wtórują im starożytni, Homer, Wergiliusz.
 
Czyżby więc nadszedł czas na wymianę towaru na domowych półkach? Mówiło się, że kiedyś w każdym domu musiało stać na eksponowanym miejscu jakieś eleganckie wydanie Pana Tadeusza, w asyście kogoś z pary Słowacki, Sienkiewicz. Najlepiej półkę wyżej od wielotomowej encyklopedii. Wygląda na to, że i te czasy odchodzą w niepamięć. Pytanie tylko co stoi tam teraz? Spowiedzi celebrytów? Wyznania polityków z lewa i prawa? Domyślam się, że takie książki znajdując się w eksponowanym miejscu, mogą być znakomitą deklaracją polityczną, ale czy to warto? Jest jeszcze druga możliwość: może po prostu miejsce klasyków zajęło okrągłe nic, zero, null? Niestety w bibliotekach bywam częściej niż w domach obcych ludzi, nie mogę więc stwierdzić tego z całą pewnością. 

PG

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz